Ewolucja branży

Red.: PG |Data publikacji: 2020-10-09

Ryszard Dyka, dyrektor zarządzający MACO Polska jest bohaterem naszego wywiadu okładkowego w październikowym wydaniu miesięcznika Forum Branżowe. Rozmawiamy w nim o ponad 20 latach pracy naszego rozmówcy w polskim oddziale austriackiego koncernu, rozwoju firmy, współpracy z producentami oraz o świecie okuć i innowacji. Tu dalsza część rozmowy, w której poruszamy tematy związane z pandemią i podejmowaniem trudnych decyzji w jej czasie, o prognozach na 2021 r. oraz innowacjach.

MACO Polska ma chyba ugruntowana pozycję w koncernie?  

Myślę, że Maco Polska jest jednym z najważniejszych elementów naszego koncernu. Mają na to wpływ oczywiście generowane przez nas obroty i pozyskanie największych klientów. Polska jest postrzegana w branży jako jeden z najważniejszych krajów, tak samo ważnym elementem całego koncernu jesteśmy my.

Polski oddział znakomicie się rozwinął przez ponad dwie dekady. Jednak musiały się zdarzać i gorsze chwile?

Oczywiście chwile zwątpienia nam się zdarzały. W tak długim okresie zdarzały się bowiem momenty gorsze – parę cennych osób opuściło naszą firmę, mierzyliśmy się czasem z problemami, ale zawsze tutaj patrzymy do przodu. Olga Tokarczuk w „Księgach Jakubowych” napisała: „Bóg stworzył człowieka z oczami z przodu, a nie z tyłu głowy, co znaczy, że człowiek ma się zajmować tym co będzie, a nie tym co było” i tą zasadą się właśnie kierujemy. Największym sukcesem Maco jest obecna pozycja firmy na rynku, które są wynikiem dwóch dekad pracy, zaangażowania naszych pracowników, jak i całego koncernu.

Czy już powoli przymierzacie się do planowania na 2021 r.?

Jesteśmy bardzo ambitnym oddziałem, dlatego prognozujemy na 2021 r. poprawę wyniku z 2020 r. Wierzymy, że historia z koronawirusem w tym roku się zakończy i w kolejnym roku będziemy mogli funkcjonować normalnie. Jako dostawca zawdzięczamy nasz rozwój tylko i wyłącznie naszym klientom. Wiemy, że pomimo wcześniejszych złych prognoz naszych klientów obecnie w większości wszystko układa się dobrze, a obroty są porównywalne względem roku ubiegłego, a jak porównamy wyniki miesiąc do miesiąca, to u niektórych klientów są wzrosty o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset procent. Myślę, że wzrost 10-proc. w 2021 również będzie do osiągnięcia.

Firma ma siedzibę na Śląsku, który przez długo czas był miejscem, w którym odnotowywano najwięcej zakażeń COVID-19. Jak wyglądała sytuacja w firmie?

Podczas pandemii było u nas kilka podejrzeń zakażenia koronawirusem, ale na szczęście za każdym razem wyniki okazywały się negatywne. Wprowadziliśmy podwyższone restrykcje sanitarne w firmie, wprowadziliśmy również odstęp czasowy pomiędzy zmianami pracowników. Nie da się przecież ukryć, że na Śląsku niemal każdy ma w rodzinie kogoś związanego z górnictwem, a w tym środowisku liczba zakażonych była bardzo wysoka. Wprowadziliśmy oczywiście spotkania online, które pozwalały nam utrzymywać relację z naszymi partnerami. Dwa miesiące funkcjonowaliśmy też w skróconym czasie pracy. Odbywało się to różnie w różnych obszarach funkcjonowania firmy, ale redukcja dotyczyła 20 proc. czasu pracy. Poprzesuwaliśmy zmiany tak, by klient miał do nas dostęp non stop, a w przypadku montowni w Gliwicach, zamknęliśmy ją dwukrotnie po 5 dni – raz w maju, raz w czerwcu. To w rozrachunku miesięcznym było również redukcją o 20 proc. czasu pracy.

Czy ludzie dostawali wówczas na konto 20 proc. mniej kwoty wynagrodzenia?

Owszem, ale dzięki temu zabiegowi udało się utrzymać w całości zatrudnienie. Mało tego, cały czas zatrudniamy obecnie kolejne osoby. To była partnerska umowa pomiędzy nami a naszymi pracownikami. Cała ta sytuacja „covidowa” dotyczy nie tylko firm, ale też ludzi, całych rodzin – warto o tym pamiętać. Ustaliliśmy wspólnie, że ta redukcja będzie odpowiednim rozwiązaniem. Nie było to przyjęte hurraoptymistycznie, ale każdy zdawał sobie sprawę, że jest to najmniejsze zło.

W branży można usłyszeć opinie, że to nie 2020 r. będzie wyzwaniem, ale dopiero kolejny. Czy podziela Pan tę opinię?

Rzeczywiście przewija się ten temat podczas rozmów z naszymi klientami. Ta niepewność przyszłego roku jest wyczuwalna. Być może jestem niepoprawnym optymistą, ale jestem zdania, że sytuacja z koronawirusem nie powinna trwać dłużej niż do pierwszego kwartału 2021 r. Lockdownów na dużą skalę nie powinniśmy już odnotowywać, dlatego sądzę, że inwestorzy nie będą powstrzymywali się z inwestycjami budowlanymi i remontowymi.

Maco ma w branży wizerunek firmy innowacyjnej, o czym mogą świadczyć wspomniane nowości. Czy prowadzicie obecnie badania nad jakimiś rozwiązaniami, które w niedalekiej przyszłości mogą namieszać na rynku?

Czeka nas duża rewolucja jeśli chodzi o elektronikę. Takie wyzwanie jest teraz przed nami. Widać, że młode pokolenie nie rozstaje się już z telefonem, więc zarządzanie stolarką z poziomu smartfonu stanie się standardem. Jesteśmy lada moment od czasów, w których to, co brzmi jeszcze abstrakcyjnie zaraz będzie standardem. Domy inteligentne rozwijają się w błyskawicznym tempie. Nie jest to co prawda poziom, który świadczyłby, że już niemal wszyscy mamy smart home, ale przyrosty wskazują, że jest to światowy trend. Dlatego też idziemy w tym kierunku. 

Jak Maco określa dziś siebie? Jesteście dostawcą okuć?

Gdybym dzisiaj miał powiedzieć, to jesteśmy dostawcą systemów okiennych, drzwiowych i przesuwnych. Wyposażamy naszych klientów w kompletne systemy od A do Z, niezależnie od tego, czy są to drzwi, okna, czy przesuwki. Skupiamy się nie na pojedynczych rozwiązaniach, tylko na komplementarności naszej oferty. Oferujemy zarówno okucia, ale też uszczelki, progi, dodatki, a nawet aplikacje.

Jak wyglądali producenci okien w Polsce kiedyś, a jak wyglądają dziś?

W tamtych czasach mało który producent mógł się pochwalić typowymi halami produkcyjnymi. Były to raczej budynki adoptowane na potrzeby produkcji stolarki. Często były to obiekty, które wcześniej miały przeznaczenie rolnicze. Produkcja odbywała się tam w dość chaotyczny sposób, ale to była wówczas norma. Dziś profesjonalizacja i automatyzacja procesów produkcyjnych jest taka, że hale się produkuje pod konkretne maszyny i produkty. To niesamowita różnica.

Pamiętam jak obsługiwaliśmy pewną firmę w centralnej Polsce, która w dwustanowiskowym garażu produkowała niemałą liczbę okien. Maszyny były upchane w tym garażu tak, że nie można by już niczego tam wcisnąć. Cały magazyn z kolei ulokowany był na zewnątrz, a firma funkcjonowała w domu jednorodzinnym. Tylko dzięki tej masie okien na podwórku wiedziałem, że dojechałem na miejsce, by porozmawiać z właścicielami o ofercie Maco. Takich firm w Polsce była cała masa.

Branża od tego czasu bardzo wyewoluowała nie tylko pod kątem technicznym – można też zauważyć profesjonalizację kadry zarządzającej. Ludzie mają ogromną wiedzę i doświadczenie. W latach 90. wiele osób nie wiedziało, jak się produkuje okna. Oni uczyli się na produkcji razem z nami. Przyjeżdżaliśmy czasem do naszych klientów i na miejscu rozwiązywaliśmy wspólnie jakieś problemy. Nie było dostępu do tej wiedzy, nie było doświadczenia i profesjonalizacji. Pamiętam, jakim wyzwaniem było wyprodukowanie pierwszego okna łukowego, To był chyba rok 1999r. Pomagaliśmy producentowi z okuciami do tego okna, a robiło się ich dosłownie kilka rocznie, na specjalne zamówienie. Było to wówczas wielkie wyzwanie. Producenci stosują teraz takie technologie, maszyny i materiały, że nie ma to już nic wspólnego z oknami sprzed dwóch dekad.

Rozmawiał: Paweł Gregorczyk

Zdjęcia: Tomek Wojewoda

1